niedziela, 17 sierpnia 2008 11.05:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: ostatnie doniesienia przed wyjazdem
W środę jadę do Madrytu. Nie nowina? Może jednak. Nie wiadomo było, czy w tym roku pojadę. Za mną wielka i kosztowna wyprawa zimowa, przede mną dalsze wydatki na remont i wykończenie mieszkania, ale – muszę jechać. Mam gdzie się zatrzymać, a to wspaniała wiadomość. Najpierw u Marty i Grzesia, potem u Anne. Będę kończyć pisanie przewodnika, „dorabiać” do niego brakujące zdjęcia, szukać materiałów do książki, którą planujemy z Jurkiem (ćśśśśś…!!). I może choć trochę odpoczywać. To będą tylko trzy tygodnie, tylko i aż. Aż, bo jednak jadę. I aż, bo przez cały ten czas nie będę wiedziała, co dzieje się na froncie budowlanym. A tylko, bo będę tam miała masę pracy! A poza tym to Madryt. On nie lubi, kiedy przyjeżdżam na krótko…
Na parterze chwilowa cisza. Robotnicy wykorzystali długi weekend, by jechać do domu, odpocząć. Materiały im się pokończyły. Wrócą we wtorek, w środę i będą działać dalej. Tymczasem mieszkanie oddycha, wietrzeje, schną gładzie. Teraz prezentuje się tak:
Ściana ucywilizowana:

W gabineto-sypialni też biało:

Na klatce schodowej do piwnicy -- rurki w izolacji:

komentarzy: [1]
piątek, 8 sierpnia 2008 19.07:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: Jak słusznie zauważył Tadeusz, kończy się faza destrukcji, a zaczyna faza konstrukcji!
Tadeusz odwiedził mnie przedwczoraj. W ramach pra-parapetówki, bo strasznie chciał zobaczyć, jak wygląda ten osławiony parter. Oprowadzaliśmy go po remoncie, przepraszam – po mieszkaniu, jakby to był co najmniej Palacio de Liria w Madrycie. Ale Tadeusz był głęboko wstrząśnięty (i niezmieszany) błyskawicznym tempem prac. Aż wczoraj opowiadał o tym Anie i Arturowi, którzy wpadli z małym Arturitem na kilka dni do Warszawy.
Drzwi do kuchni zniknęły. Zostały zamurowane, a właściwie zaregipsowane. Chłopakom od szpachlowania i gładzenia (bo szef ekipy ma osobnych speców od każdej roboty, fachowo!) opadły ręce, gdy prościutko ustawili płyty, a ściana obok okazała się krzywa. – Prezes, co mamy robić?… – Podkuć, a co innego!
Szef ekipy – nazwijmy go Zdzichu, bo tak się w istocie nazywa – uznał, że trzeba podnieść barierki na tarasie, robiąc im wyższe nóżki, i skombinował w tym celu odpowiedni pręt, przeznaczony do poszatkowania na podpórki. A że tego dnia u mnie nie był, pręcisko umieścił w barako-domku, który ze swoimi pracownikami wynajmuje – traf chciał – nieopodal. Ludzie przyszli wieczorem z roboty: – …A kto tu ten pręt wpier…!!!! – To dla pani Zuzi. – A po co pani Zuzi pręt?!?! – Do tarasu, baranie!!
Jak wyżej nadmieniłam, trwa szpachlowanie i gładzenie. I zamurowywanie niepotrzebnych wnęk. Mieszkanie gwałtownie bieleje i panuje w nim wilgotny mikroklimat. Dziś zostały też rozprowadzone kabelki pod alarm. Ponadto zdecydowaliśmy iść na całość – by nie robić chaosu i rozgardiaszu po raz drugi – i załatwić dom także z zewnątrz. Mam pod ręką wzorniki kolorów elewacji, farb do wnętrza i na dobitkę jeszcze kolorów drewna na meble, od naszego stolarza. Już od tego głupieję. Ale przynajmniej na barwy wnętrz jestem zdecydowana; tylko jeszcze dobrać odcień!
Tędy do kuchni już nie wejdziemy:

…Ani z niej nie wyjdziemy:

Wnęka sypialniana:

Wygładzone wejście do salonu:

…w którym nie ma już wnęki po kaloryferze:

Jutro te barierki. Artystycznie: wisząca na nich glicynia wyjdzie bez szwanku!
komentarzy: [8]
wtorek, 5 sierpnia 2008 09.46:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: ewolucja
Rozwój sytuacji podłogowej na przestrzeni dni kilku:



Ponieważ od piątku do wczoraj byłam w Łodzi (kuzynka Bartka zaprosiła mnie na ślub!), nie widziałam, jak przyjechała wywrotka i wywaliła na chodnik przed domem szesnaście ton piasku. Szesnaście ton piasku!! Już nie mówiąc o warczącym i huczącym miksokrecie, który stał w furtce i pluł betonem do wnętrza mieszkania…
A z innych nowości – grzejniczek w wiatrołapie:

Tu też zaczyna się nasz peszel:

…I jest nowa tablica elektryczna:

Rurka do podłogówki w stanie spoczynku:

Oraz pierwszy nabytek do kuchni!

A wyprawa do Łodzi, jak to wyprawa do Łodzi! Mówię Bartkowi -- tu metabolizm zwalnia, dzień i noc robią się dłuższe, można bezkarnie nic nie robić, chodzić po ładnych miejscach i pysznie jeść. Ponieważ Bartek pichci – to w sumie zbyt mało szlachetne słowo, jak na jego wyczyny – na czas pobytu w owem fabrycznem mieście zmieniam się w łasucha wyczekującego każdego posiłku. Tym razem byliśmy w Pałacu Poznańskiego (o czym od dawna marzyłam), oczywiście odwiedziliśmy też Manufakturę, bo wyjazd do Łodzi bez wypadu do Manufaktury to wyjazd stracony ;) Ponadto pławiliśmy się w katalogach mieszkaniowo-wyposażeniowych, których Bartek dla mnie nazdobywał z pół tony; dostałam też w prezencie dwie gigantyczne księgi o urządzaniu mieszkania. Między innymi!!
komentarzy: [0]
sobota, 26 lipca 2008 15.29:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: niepowtarzalna okazja…
…Aby przez dziurę w ścianie…

…z przyszłej łazienki…

…obejrzeć klatkę schodową na piętro!!

Mieli rację. Jak wpuszczą kumpla od burzenia i on zakasze rękawy, to może zatrzymać się kilka domów dalej.
komentarzy: [3]
środa, 23 lipca 2008 19.54:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: Powiększają mi metraż?…
…Chyba tak, bo już trzeci kontener na gruz trzeba było zamówić!
Jeden z robotników, trafiony niechcący deską z podłogi, ma złamane dwa żebra. Nie chciał się przyznać do wypadku, ale szef ekipy zawiózł go do szpitala i posłał na zwolnienie. Drugi, przyłapany przez szefa na kupowaniu puszki z piwem, został karnie zmuszony do wyzbierania wszystkich petów z placu boju. Piwo trafiło „do depozytu”. Tenże sam szef radził nam przyłożyć kijem któremuś z pracujących, bo – zaspany z rana – zabierał się do wyburzenia nie tego kawałka ściany, co trzeba.
Ale remont idzie jak burza – czyli, mieszkanie wygląda jak po przejściu tajfunu!! Ekipa jest dzielna i robotna, przychodzą wcześnie, pracują długo, są uprzejmi i usłużni, a przede wszystkim – widać postępy. I to jest najbardziej krzepiące. A pan Józio hydraulik co dzień przedłuża montowane rur o kolejne metry. Przemawia do kolanek i zapewne co jakiś czas gwiżdże „Warszawiankę”.
W sobotę rano matka osłupiała, gdy po powrocie z wczesnoporannego spaceru z psem wyjęłam z kieszeni miarkę. Myślała, że już kompletnie oszalałam. A ja tylko mierzyłam skrzynkę pocztową… Kupiłam na Allegro nową, bo stara wygląda tak odrażająco, że listonosze powinni otwierać ją tylko z daleka, końcem kija. Ciekawe wrażenie, otrzymać pocztą skrzynkę na listy!
A w poniedziałek przybył gres! Uśmiałam się, bo im więcej dni upływało od jego zamówienia, tym ciemniejszą jego wizję miałam w pamięci. A płytki są jasne. I oliwka nie jest tak zielonkawa, jak mi się wydawała. Ale oba zakupione kolory szalenie mi się podobają.
I jeszcze dokumentacja fotograficzna…
Kontener po jednym dniu pracy:

Jeden z garaży zamieniony na magazyn – grzejniki do górnego mieszkania i mój gres:

Płytki fotografowałam w dwóch ustawieniach; po wyciągnięciu średniej można uzyskać kolor zbliżony do rzeczywistego...

Tarasowi też się dostało przy okazji:

Rurki pana Józia w piwnicy:

Tej ściany naprawdę nie ma…

…Naprawdę!!

Jedna z ostatnich okazji, by zobaczyć salon i kuchnię z tej perspektywy – zanim drzwi po prawej zamkną się na amen:

I jeszcze mały woreczek keramzytu do wypełniania bruzd w podłodze. Keramzyt to lekkie kruszywo, wykorzystywane między innymi do wypełniania dna doniczek. Dzwonię do mojego braciszka ogrodnika: – Jacek, jak będziesz wracał do domu, to spójrz na moje podwórko. Zobaczysz, co tam leży. – Co to może być…! – Nie dojdziesz. – Ale to jest do wyrzucenia? – Nieee! – A nie ukradną tego?… – :D:D:D Trudno by było!!…

komentarzy: [1]
piątek, 18 lipca 2008 19.00:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: dzień trzeci
Dziś pojechaliśmy do diabła na kuliczki, wykupić zarezerwowany gres, ale okazało się, że do zabrania jest z grubsza tona siedemset, więc przyczepka mojej ekipy zarumieniła się ze wstydu. Gres sam przybędzie, w poniedziałek. Kupiłam go naprawdę tanio, bo szef ekipy zawiózł mnie do sklepu dla budowlańców, gdzie ma zniżki!
Dla tych, którym nie wystarczy słowo pisane, obrazki z placu boju.
Wspomnienie po pawlaczu – będę miała wystarczająco miejsca, by nie musieć po nic się tam wspinać:

Widok na przedpokój od strony zejścia do piwnicy, spod nieistniejącego już pawlacza:

Dalsza część przedpokoju; w tle wiatrołap, po lewej łazienka:

Gabineto-sypialnia z ową niezidentyfikowaną płytą w podłodze:

Salon, czyli dawna sypialnia:

Szafa ze schodami, chwilowo pozbawiona swej szafowatości:

Część łazienki:

Przedpokój od strony wiatrołapu: na lewo salon, w głębi od lewej – zejście do piwnicy, toaleta (jeszcze nie rozmontowana ze zrozumiałych przyczyn), szafa – i zarys wejścia do gabinetu:

A w piwnicy pod troskliwym przykryciem – nie, to nie lodówka, to nowy piec!

Tak natomiast wygląda podwórko. Tak wygląda co wieczór, dobrze, że ma kto uprzątać drewno i żeliwo, bo sterta urosłaby nam już do balkonu…

Zapewniam, że zdjęcia nie oddają realnego stanu podłogi, która jest pełna wądołów, cegieł, pyłu i gruzu; co trzeci krok grozi przykrym w skutkach potknięciem tudzież poślizgnięciem. Jutro prac ciąg dalszy!
komentarzy: [2]
czwartek, 17 lipca 2008 23.10:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: praca wre, aż furczy
Drugi dzień robót, a tyle już się zdarzyło...
Zamówiłam gres na podłogi. Dwa kolory. Nie pokażę linka, jaki, bo w sieci są totalnie przekłamane barwy. A podłogi w obu pokojach już częściowo rozebrane – do legarów. I podsypki gruzowej. W przyszłym gabinecie pojawiła się na jednym końcu jakaś tajemnicza skorupa nieznanej grubości. Mój brat cioteczny zabrał sobie klepkę, by palić nią w piecu i suszyć kukurydzę, którą z żoną uprawiają. Za tydzień w piątek mają być robione wylewki!
Tapety pozrywane, ściany poczyszczone, drzwi pozdejmowane, framugi pousuwane. Elektryka rozpisana.
Dziś było wielkie wycinanie grzejników. W obu mieszkaniach (góra i parter) i w garażach. Tu na górze – Sodoma i Gomora, pełno kurzu, przykrywanie mebli folią chyba tylko pro forma. Mamy początki pylicy. Drżałam o moje rozliczne kable w pokoju, bo nie sposób było wszystkiego pozwijać. Jeden grzejnik, niefachowo podniesiony, zrzygał się nam na czarno na dywan. Hydraulik w tym jedynym przypadku nie spojrzał chłopakom na ręce. Ale dywan i tak miał być wymieniony. Największe kaloryfery robotnicy nosili we czterech chłopa, grzejniczek pięćdziesięcioletni zamulony waży nawet dwieście kilo! I na balkon go, i podważyć, i na barierkę, i…
…ŁUP…!!
…Sąsiedzi mieli teatrzyk… A Jacek wózkiem powywoził te grzejniki z podwórka, by zawieźć je sobie na złom.
Zdemontowany też został stary piec. W garażu czeka nowy, i nowe grzejniki do górnego mieszkania.
I co jeszcze? Zamówiłam sobie materac…
komentarzy: [0]
wtorek, 15 lipca 2008 13.38:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: ostatnie chwile przed odnową biologiczną
Oto zdjęcia, które za chwilę będą przedstawiały już tylko rzeczywistość historyczną – a po części robią to już teraz:

Drzwi po lewej nie będzie (zastąpi je ściana; boazerii po prawej już nie ma. Kres istnienia płytek i części mebli w kuchni.

Fragment łazienki, w której istnieje co najmniej 15 wymiarów czasoprzestrzennych. Trzeba ją okiełznać. Nie muszę mówić, co stanie się z glazurą?...

W pokoju w głębi już tych mebli nie ma. Dywan -- uprany -- spoczywa wraz z dwoma kumplami w piwnicy u Jacka. Klepka i tapeta zaraz sobie pójdą. A ta szafa po lewej...

Nie potrzeba lwa i czarownika, stara szafa wystarczy!!
Dziś przyjechał z komisu facet po meble z sypialni (której tu nie pokazuję) i po pianino. I nastąpiło brutalne odarcie ze złudzeń: takie pianina teraz w ogóle nie chodzą. A to, widzi pani?, płyta popękana. Pięćset. Więcej nie dam. A sypialnia, żadne tam lite drewno, skąd; płyta stolarska. Co z tego, że złota brzoza. Strasznie proste, nic ciekawego, Sześćset. No dobra -- siedemset. Aha, i poproszę o trzysta złotych za transport...
Zobaczę te pieniądze, jeśli w ogóle to wszystko sprzedadzą -- wiadomo. Ale nie zdziwię się, jeśli zajrzę do tego cholernego komisu i ujrzę nasze graty za dużo grubszą sumę. Zarobiłam na tym wszystkim 40 groszy, które znalazłam pod szafą. A demontażowi i wynoszeniu przyglądały się z zadumą sędziwe, kurzowe koty spod mebli...
Jutro początek: będzie sajgon. Dwa dni demontażu wszystkiego, łącznie z grzejnikami na obu kondygnacjach!! Właściwie na trzech, jeśli liczyć garaże. A dziś panowie mają podjechać z umową. Już się denerwuję...
komentarzy: [3]
wtorek, 8 lipca 2008 18.28:: kat.: pamiętnik
Gniazdo: powolny start
Ulubione narzędzia pracy: Okulary. Komputer. Zaraz po nich: miarka długości 5 metrów. Liliowa.
Obserwuję zintensyfikowany ruch fachowców maści różnej, głównie w okolicach parteru. Roboty papierkowo-bankowe zakończone. Kosztorysy porobione (i pozostawione specom do namysłu nad rabatami). Dziś zamówiliśmy okna. Okniarz, który jest także drzwiarzem, nieco mnie zmartwił: mam niestandardowe otwory drzwiowe, a to nienajlepiej. W sobotę jedziemy z jednym z ekipy na wycieczkę po sklepach (terakota, glazura, baterie, sanitariaty…)
Kilka dni temu powiedziałam, że nie uspokoję się, dopóki nie zostanie skuta pierwsza stara płytka i wyrwana pierwsza klepka. No to mam pierwszą klepkę wyrwaną. Nawet dwie. Panowie sprawdzali, co jest pod spodem, żeby zorientować się, na jakim poziomie wyląduje podłoga po położeniu ogrzewania. Prawdopodobnie na tym samym, co jest obecnie!
A porządne zrywanie i skuwanie zacznie się już najprawdopodobniej pojutrze…
komentarzy: [1]
Archiwum wiadomości
powered by nibylog
|